ACTA w Australii
Przyznam, że całe to zamieszanie jakie w Polsce wybuchło wokół ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement, Umowa handlowa dotycząca zwalczania obrotu towarami podrabianymi) wprowadziło mnie w lekkie zakłopotanie. Oto przeczytałem, że Australia jest sygnatariuszem tej umowy od dobrych paru miesięcy. Ja tymczasem o jej istnieniu dowiedziałem się w ostatnich dniach z polskich mediów…
W Australii sprawa nie odbiła się więc żadnym echem. W archiwach serwisów informacyjnych dokopałem się jednak do wiadomości o pracach nad umową (w kontekście jej łagodności!), o jej przyjęciu oraz o tym, że rząd Australii nie planuje w związku z tym żadnych zmian w prawie krajowym (co zrobił np. rząd USA). Najnowsza z informacji mówi o tym, jakie protesty wywołała zapowiedź ratyfikacji umowy w… Polsce.
Wnioskuję z tego, że prace nad tą umową nie były aż tak tajne jak nam się to przedstawia. Z całą pewnością nie spowodowały też jakiegoś nagłego załamania wolności słowa.
Z drugiej strony australijska konstytucja wolności słowa nie gwarantuje wcale, a tutejszy rząd lewicowy ma całkiem bogate doświadczenia w próbach wprowadzania cenzury internetu na własnym poletku, niezależnie od umów antypirackich. Pisałem o tym kiedyś. Na szczęście prace nad tym projektem chyba gdzieś utknęły…
Zresztą polski rząd (niby)liberalny też ma takie doświadczenia, więc lepiej patrzcie Tuskowi na ręce…
Poza tym Australijczycy są jak owce. Przyzwyczajeni od lat, że rząd nie jest ich wrogiem, ale wspólnym dobrem, oddadzą wolność jeśli będą mieli w dostatku chleba, mięsa na steki, piwa na barbie i footy. Być może nawet nie zauważą, że im wolność zabrano, bo tutaj np. komentarze na internetowych portalach podlegają surowej (wewnętrznej) cenzurze od dawna.
Sprawa ACTA nie jest prosta, bo rzeczywiście prawa autorskie naruszane są w internecie na wielką skalę, a już Polska jest w tej dziedzinie prawdziwym potentatem. (W tym miejscu liczę, że obrońcy wolności słowa się uderzą w pierś; ja się uderzam). Nie dziwię się więc specjalnie koncernom lobbującym na rzecz wprowadzenia ściślejszych regulacji. W grę wchodzi duża kasa i o nią jest ta cała bitwa. Łatwiej wziąć ludzi za mordę i czerpać z tego kasę niż postarać się, aby nie opłacało się podrabiać towarów (w tym np. leków).
Podzielam jednak zdanie protestujących przeciw ACTA, że dla rządów prawa autorskie są tylko pretekstem i sposobem na postawienie kroku na drodze do zablokowania wolności internetu. Ten krok nie spowoduje jeszcze na razie dramatów, ale po nim przyjdą kolejne kroczki i obudzimy się kiedyś w świecie, gdzie trzeba być czujnym każdego ranka.
Zabraniają nam dla własnego dobra jeździć bez kasku na rowerze to mogą też zabronić oglądania szkodliwych treści w internecie. Jak się nad tym zastanowić to internet jest może ostatnim obszarem, gdzie zostało nam dużo wolności.
Wolność zaś uważam za wartość nadrzędną, której warto bronić.





