2011 Marzec | Melbourne. Dobre miejsce na wioskę

Wyjedź do Australii. Blog Moniki i Przemka, czyli Australia z perspektywy mieszkańca.RSS wpisów RSS komentarzy

Marzec 2011- archiwa

Uluru

Wielka czerwona skała na środku pustyni. Uluru. The Ayers Rock (to „biała” nazwa skały).

Uluru / Ayers Rock

Skąd się bierze niezwykła popularność Uluru?

Nie jest to przecież największa skała w Australii, bo Mount Augustus w Zachodniej Australii jest większa w każdym wymiarze. Nawet w najbliższej okolicy Uluru istnieją góry podobnej wielkości o których prawie nikt nie słyszał (np. Mount Conner, ok. 100km na wschód od Uluru przy drodze z Alice Springs).

W dodatku żeby dotrzeć do Uluru trzeba naprawdę chcieć. Ponad 1500 km od każdego z dużych miast, nawet z Alice Springs jest tutaj aż 450km i ponad 4 godziny jazdy non-stop.

Co takiego siedzi więc w tej skale, że turyści ją przyjeżdżają zobaczyć, a Aborygeni otaczają ją kultem? Doszedłem do wniosku, że przyczyną jest jej… uroda. Spójrzcie na nią, naprawdę ma w sobie coś niezwykłego. Jest po prostu PIĘKNA.

Aborygeni mieszkają wokół Uluru od tysięcy lat, reszta świata zna ją dopiero od niedawna. W 1873 roku, rok po przesłaniu pierwszej wiadomości telegrafem, dotarł do góry niejaki William Gosse i nazwał ją na cześć Henryka Ayersa (prominentnej postaci w życiu politycznym ówczesnej Południowej Australii): The Ayers Rock. Dzisiaj obowiązuje podwójne nazewnictwo (Uluru/Ayers Rock), ale tradycyjna aborygeńska nazwa ma w sobie jakieś dziwne brzmienie z nutą tajemniczości i chyba lepiej pasuje do tej skały.

Trasa spacerowa wokół Uluru ma około 9km. Gdy szedłem nią 21 lutego 2011 r. to było wokół prawie pusto. Nie wiem, czy powodem był „niski” sezon (styczeń-luty to zazwyczaj największe upały na pustyni) czy fakt, że większość turystów woli ograniczyć się do zrobienia fotki z lampką wina o zachodzie Słońca. Spotkaliśmy na całej trasie najwyżej kilku turystów i mogliśmy nacieszyć się widokiem skały do woli wśród dźwięków wydawanych jedynie przez ptaki i owady, brodząc boso przez kałuże z nocnej burzy, jaka przeszła kilka godzin wcześniej nad Uluru.

Z tego spaceru przygotowałem galerię zdjęć. Proszę usiąść wygodnie i dać sobie trochę czasu na oglądanie. Dla mnie to była uczta, mam nadzieję, że choć trochę smaku przekażą zdjęcia.

ZAPRASZAM DO GALERII

Komentarze (2)

Jeszcze o Abo…rygenach

Miałem Was dzisiaj zabrać na wycieczkę do Uluru, ale wrócę jeszcze do spraw ludności tubylczej.

Pod poprzednią notką rozgorzała dyskusja na temat całkiem, moim zdaniem, marginalnej sprawy terminologii i obelżywości słowa „Abo”. Nie chcę tej polemiki prowadzić dalej, bo boję się iż nie zrozumiem nigdy kogoś kto na amerykańskiego Murzyna (czy to słowo jest obraźliwe?) każe mi mówić „Afroamerykanin”.

Nikt za to nie zwrócił uwagi na sprawę dalece istotniejszą.

Powiedzcie mi: po czym rozpoznaje się kto jest Panem, a kto Sługą?

W domu bogatego patrycjusza w starożytnym Rzymie to było łatwo rozpoznać: Pan siedział sobie wygodnie w swojej willi i sączył wino. Słudzy zaś wachlowali go żeby się nie przegrzał i pracowali pod przymusem tłocząc oliwki, żeby Pan miał z czego żyć.

Jeśli więc teraz spojrzymy na Aborygenów leżących sobie od świtu do zmroku na ładnie przystrzyżonej trawce, sączących trunki i zaopatrywanych dość obficie przez miliony ludzi walczących o byt każdego ranka to ja zadam pytanie: kto tu jest Panem, a kto Sługą? Czy na pewno dobrze to poukładaliśmy?

I jak ich „edukować”? Toż oni żyją teraz w Dreamtime…

Komentarze (30)

Abo

Snują się po mieście. Od samego rana, kiedy tylko wychodzimy z hotelu aż do wieczora, gdy robi się ciemno i zaczynamy się czuć mniej bezpiecznie. Są wszędzie, okupują licznie wszystkie parki w mieście, wygląda to tak jakby odbywał się wielki piknik.

Wieczorem przed hotelem zostawiamy zaparkowany samochód, ale recepcjonista zapytany wprost o bezpieczeństwo nie wyraża obaw. Może to po prostu tylko my, mieszczuchy przybyłe z Melbourne mamy uprzedzenia, bo oto widzimy taką Australię jakiej w wielkim mieście nie ma…

Faktycznie, z autem nic się nie dzieje. Abo nie są agresywni. Wprowadzają jednak jakiś niepokój w serca, może dlatego, że od wielu z nich czuć z daleka alkohol. Na rogu ulicy Aborygenki pytają nas o papierosa. Nie palimy niestety.

Idziemy wieczorem kupić piwo w lokalnym „drive-in bottle shop”. Wśród kupujących tylko biali. Okazuje się jednak, że aby kupić piwo w Alice Springs trzeba wylegitymować się dowodem tożsamości (przy czym mówimy o kraju, w którym nie istnieją dowody osobiste). Sprzedawca w sklepie objaśnia nam bez ogródek, że to jest metoda kontroli i minimalizacji poziomu spożycia trunków wśród Abo. Legitymować jednak trzeba wszystkich, bo przecież nie ma już rasizmu w Australii, nieprawdaż? Bierze ode mnie wiktoriańskie prawo jazdy i skanuje w specjalnie przygotowanym do tego celu urządzeniu.

Aborygeni w Alice Springs

*   *   *

W mieście pełno jest galerii ze sztuką aborygeńską. Zgadnijcie ilu Aborygenów można spotkać w takiej galerii? Czytaj dalej »

Komentarze (14)

Japonia, tsunami, trzęsienia ziemi…

Nasze dzieci chodzą do szkoły dwujęzycznej, angielsko-japońskiej. Około 20% to rodowici Japończycy. Także w piątek, gdy dzieci dowiedziały się o trzęsieniu ziemi, były bardzo zaniepokojone o przyjaciół. Tomek nawet dokładnie potrafił rozpoznać, na której wyspie to się działo.

Dzisiaj w szkole, przez pierwszą godzinę rozmawiali o tragedii. W klasie Tomka zginął chłopiec, który na początku tego roku przeprowadził się na stałe do Japonii. Nie wiem czy miał obywatelstwo australijskie, jako że media nie podają jeszcze czy Australijczycy ucierpieli. Pani kazała im uczcić minutą ciszy, ale dzieci postanowiły, że to za mało i siedziały cicho przez 2 minuty. Jego drugi przyjaciel także przebywał w Japonii i nikt na razie nie wie co się z jego rodziną stało. Sms wysłany do tej rodziny pozostaje bez odpowiedzi. U Ewy w klasie jeden z uczniów stracił prababcię. Kogoś innego babcia przebywa w szpitalu z połamanymi kończynami. Jedna dziewczynka z Ewy klasy w czasie lunchu płakała, bo dowiedziała się, że jej przyjaciółka w Japonii leży w szpitalu.

Także ta tragedia dzieje się daleko, ale w pewien sposób nas dotyka. Szkoła organizuje jutro specjalne spotkanie dla dotkniętych rodzin, w czasie którego specjaliści psychologiczni mają być dostępni. Spotkanie w sprawie wycieczki do Japonii (klasy 5-6 co dwa lecą na wycieczkę) zostało na razie odwołane…

Komentarze (3)

Miasteczko Alice

Prawdopodobnie pierwszym białym, który postawił stopę w miejscu dzisiejszego Alice Springs był niejaki William Mills, jeden z mierniczych z ekipy wytyczającej szlak pod budowę telegrafu. Zboczył on trochę z trasy wytyczonej przez Stuarta, znalazł przejście-lukę w Górach MacDonella i 11 marca 1871 r. dotarł na miejsce, w którym w suchym zwykle korycie rzeki znalazł wodę. Mills był pewien, że oto znalazł źródło pitnej wody, które od razu nazwał od imienia żony szefa budowy telegrafu: Alicji Todd. To co widzicie na poniższym zdjęciu to właśnie oryginalne „Alice Springs„, czyli „źródła Alicji„.

Alice Springs, Todd River

Nazwa okazała się trochę na wyrost, bo rzekome „źródła” to tylko zagłębienie terenu, w którym woda w rzece utrzymuje się stosunkowo najdłużej. W chwili gdy robiłem to zdjęcie trwał wyjątkowo mokry okres w centralnej Australii (luty 2011), więc wody jest względnie dużo. Wystarczająco dużo aby aborygeńskie dzieci miały radość z… kąpieli w rzece.

Aborygeńskie dzieci kąpią się w Alice Springs Czytaj dalej »

Komentarze (6)

Jak wysłać wiadomość na koniec świata, czyli historia telegrafu na pustyni

W chwili gdy publikuję dzisiejszą notkę mogą ją od razu przeczytać wszyscy. Ja piszę ją w Australii, ale nie jestem nawet pewien gdzie jest umieszczony komputer i dysk, przechowujący fizycznie naszą stronę. Informacja dostępna jest praktycznie od razu dla każdego kto wejdzie do SIECI gdziekolwiek.

Dzisiaj trudno nam więc sobie wyobrazić jak informacja krążyła jeszcze trochę ponad 100 lat temu. Gdy 20 czerwca 1837 roku umierał król Wielkiej Brytanii Wilhelm IV to w Australii nikt nie miał o tym zielonego pojęcia. Gazety opublikowały tę informację dopiero w październiku 1837, gdy przypłynął okręt z wiadomościami z Londynu (od chwili zdarzenia minęło więc około 5 miesięcy).

Rewolucję przyniósł dopiero wynalazek Samuela Morse’a, czyli telegraf. Morse nie wynalazł telegrafu jako takiego, ale wymyślił przejrzysty kod (składający się z krótszych i dłuższych przerw w przepływie prądu), który szybko przyjął się na całym świecie i zrewolucjonizował przesył informacji.

Morse pokazał światu swój wynalazek w roku 1844, a pierwszy telegraf w Australii zainstalowano w (jakże inaczej?) Melbourne (linia do Williamstown) w 1854 roku.

Mapa telegrafu Adelajda-DarwinJuż wtedy twórcom telegrafu świtała myśl o połączeniu w ten sposób Australii ze światem. Ta idea była jednym z powodów, dla których wzmożono wysiłki eksploracji nieznanego wciąż wnętrza kontynentu. Prężna w tym czasie kolonia Wiktoria zorganizowała, zakończoną spektakularnym fiaskiem, ekspedycję Burke’a i Willsa.

Lepiej powiodło się kolonistom z Południowej Australii. John McDouall Stuart przebył trasę z Adelajdy do okolic dzisiejszego Darwin i z powrotem w 1862 roku. Stuart zmarnował sobie na tych wyprawach zdrowie, potem rozpił się, wrócił do Anglii i umarł. Jednak w Australii wypadki potoczyły się dość szybko: w 1863 roku rząd kolonii Australia Południowa zaanektował teren Terytorium Północnego. Była to decyzja kluczowa, bowiem dawała Adelajdzie możliwość odmówienia dostępu do Portu Darwin konkurencyjnej linii telegraficznej z… Queensland.

Umowę na wykonanie całości linii, która miała połączyć Australię z Londynem zawarto w 1870 roku. Kabel podmorski z Jakarty na wyspie Jawa do Darwin mieli położyć Brytyjczycy. Linię z Adelajdy do Darwin budował rząd Australii Południowej. Budowa miała się zakończyć 1 stycznia 1872 r., a strona która nie dotrzyma terminu miała zapłacić wysoką karę.

Budowa ruszyła z kopyta. Szefem projektu został Karol Todd, który miał już na koncie budowę telegrafu z Melbourne do Adelajdy. Todd podzielił trasę 3200 km na 3 odcinki, na które wysłał 3 osobne ekipy. Najsprawniej szła praca na odcinku południowym, najbliższym Adelajdzie. Najgorzej zaś poszło wcale nie w dzikim centrum Australii, ale na północy, gdzie pora deszczowa zastała ekipę budowlaną w listopadzie 1870 r. Drogi stały się nieprzejezdne, dziury pod pale natychmiast wypełniały się wodą, a zapasy żywności zwilgotniały. Wkrótce też pracownicy ekipy budowlanej rozpoczęli strajk, kontrakt rozwiązano i budowa stanęła na kilka miesięcy.

Czytaj dalej »

Komentarze (3)

  • RSS
  • Newsletter
  • Facebook

Switch to our mobile site