2010 Maj | Melbourne. Dobre miejsce na wioskę

Wyjedź do Australii. Blog Moniki i Przemka, czyli Australia z perspektywy mieszkańca.RSS wpisów RSS komentarzy

Maj 2010- archiwa

Ostatni dzień jesieni

Dzisiaj w Australii ostatni dzień jesieni. W Melbourne temperatura wyniosła +18 st.C, ale w nocy ma spaść do +9 st. Jutro, pierwszego dnia zimy, chłodniej: +17 tylko. Byle do wiosny.

Mówi się, że Melbourne to najbardziej europejskie z australijskich miast. Obrazki jesieni  pasują do tego stereotypu. Poniżej zdjęcia zrobione w ciągu ostatniego miesiąca na ulicach Melbourne:

Jesień w Australii, Albert Park, Melbourne

Ogrody św. Wincentego (St Vincent Gardens) w Albert Park

Park, wraz z okoliczną zabudową, wpisany jest do wiktoriańskiego rejestru zabytków. Zaprojektowany w latach 50-tych XIX w., w czasie szczytu gorączki złota, jest dzisiaj jednym z najładniejszych przykładów wiktoriańskiej zabudowy „marvellous Melbourne”. Park odwiedziłem w porze lunchu i nie spotkałem prawie żywej duszy.

Jesień w Australii, Albert Park, Melbourne

Rochester Terrace (1869)

Jesień w Australii, Albert Park, Melbourne

kolejne zabytkowe szeregowce (terrace houses)

Czytaj dalej »

1 komentarz

Pająk

To piękne stworzenie wypatrzyliśmy w czasie spaceru na promenadzie w Brighton (Melbourne). Po angielsku nazywa się Golden Silk Orb-Weaver, po łacinie Nephila edulis, a po polsku Prządka jadalna. Pająk jest względnie duży (korpus ok. 2 cm), a sieć plecie całkiem pokaźną, o średnicy ok. 1m. Na zdjęciu oczywiście samica, bo pan prządka jest dużo mniejszy.

Prządki nie tylko nie są jadowite, ale jak sama nazwa wskazuje są nawet jadalne (sic!). Podobno na Nowej Gwinei są przysmakiem. Smacznego.

W Polsce są spotykane czasami w zbiorach hodowców pająków. W sieci widziałem oferty sprzedaży prządek za 25-35 zł.

Na żywo w plenerze: zapraszam do Australii.

Prządka jadalna, Nephila edulis

Komentarze (10)

Sherbrooke Forest – Góry Dandenong

Do poprzedniej notki (o jesieni) należy się krótki komentarz. Brytyjczykom, kolonizującym od 1788 roku Australię, nowy kontynent raczej się nie podobał. Chcieli mieć drugą Anglię, a nie pustynie i eukaliptusy. Przez pierwsze 150 lat kolonizacji zdecydowanie dominowała tendencja tworzenia parków jakby żywcem przeniesionych z Brytanii. Takim właśnie parkiem jest opisany poprzednio Alfred Nicholas Gardens. Park, założony przez twórcę australijskiej podróbki aspiryny, powstał w latach 30-tych XX w.  Nawet nazwą nawiązywał do dalekiej ojczyzny (Burnham Beeches), a nasiona i sadzonki przywieziono prosto z Londynu.

Park dzisiaj cieszy oko kolorami jesieni, przeniesionej trochę sztucznie na grunt australijski. Podobnie zresztą wygląda spora część samego Melbourne, o czym przekonacie się w kolejnych notkach.

Dzisiaj jednak pokażę kawałek prawdziwej australijskiej jesieni, która jest tutaj porą zwiększonej aktywności życia. Upały już nie dokuczają, wilgoci w powietrzu i glebie też zdecydowanie więcej niż latem. Las deszczowy strefy umiarkowanej nie przestaje być zielony, a gigantyczne eukaliptusy mountain ash (niższe tylko od kalifornijskiej sekwoi) cieszą oko bardziej niż gołe gałęzie buków. Poniższe zdjęcia zrobiono tuż obok parku Alfreda Nicholasa.

Zapraszam na kilka migawek z Sherbrooke Forest.

Sherbrooke Forest Czytaj dalej »

Brak komentarzy

Złota australijska jesień

Jesień w ogrodach Alfred Nicholas Gardens położonych w Górach Dandenong, Sherbrooke, na południowo-wschodnich rubieżach Melbourne. Zdjęcia zrobione wczoraj. Dzień był słoneczny, temp. ok. 18 st.C (tyle było w mieście, bo w górach niewiele ponad 10 st.).

Alfred Nicholas Gardens

Czytaj dalej »

Komentarze (6)

Port Stephens

- Tato, zgubiliśmy się? – Ewa po całym dniu w samochodowym foteliku miała już z pewnością dość. W dodatku w oczach świeciło jej się odbicie ekraniku konsoli Nintendo, wypalone niczym znak TVN24 na starej plazmie dziadka Zbyszka.

- Nie kochanie, tylko szukamy właściwej drogi.

Powiedzmy szczerze, że ja również miałem już dość. Dziesiątki drewnianych zabytkowych mostów, niezliczona ilość wyprzedzonych dziadków w kapeluszach oraz 700 km Pacific Highway dało się we znaki moim czterem literom.
Teraz zawracając na kolejnym identycznie w ciemnościach wyglądającym rondzie i oglądając po raz kolejny ten sam znak informujący o liczbie zabitych w tym roku na drogach Port Stephens koali zadawałem sobie pytanie: jak to możliwe, że tej jednej jedynej szczegółowej mapki nie wydrukowałem sobie przed wyjazdem z Melbourne? Na posiadanej przez nas mapie drogowej Australii wyglądało to bardzo prosto: zjeżdżamy w lewo z Pacific Highway na Nelson Bay i potem po paru kilometrach w lewo na Lemon Tree Passage. Rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana…

Jeśli ktoś zada we tym miejscy przytomne pytanie: „dlaczego nie użyliście GPSa?”, to odpowiem: „Nigdy nie kupujcie GPSów w Aldim. Zepsuł się i zażądał reinstalacji programu.  Dysk instalacyjny, komputer i kabelek został zaś w domu…”

Po paru minutach tego błądzenia stał się jednak cud. Oto wśród dziewiczych lasów Port Stephens spowitych ciemnością australijskiej nocy ukazał się naszym oczom dawno zapomniany znak supermarketu BI-LO, w dodatku jakimś cudem czynnego po godz. 21:00 w piątek. Zaparkowałem, wysłałem pasażerów na zakupy, a sam zagadałem pierwszego z brzegu Ozika o drogę do Lemon Tree Passage.

- Hałaja mejt. The Passage? Nawet nie jesteś zbyt blisko, jak tutaj wylądowałeś? Ale pojedź prosto tą drogą co jechałeś i na trzecim rondzie skręcisz w lewo. Potem już prosto. No łorris, mejt.

Tym sposobem wkrótce znaleźliśmy nasz holiday park, w skrzynce na drzwiach recepcji kluczyk do naszego domku i mapkę sytuacyjną. Po kolacji, rozlokowaniu wycieczki do odpowiednich łóżek i zabiciu brzydkiego czarnego pająka mieszkającego sobie spokojnie w rurze od łóżka Ewy położyliśmy się wreszcie spać.

- Swoją drogą mieliśmy mieć domek „water view”, nieprawdaż? – powiedziała jeszcze Monika - Jakoś nie widzę tej wody nigdzie.

- Ja też nie widzę. Nabrali nas widocznie…

Tymczasem rano okazało się, że nie należy ufać temu co się widzi po ciemku:

Lemon Tree Passage
Czytaj dalej »

Komentarze (2)

Zawody poszukiwane w Australii

Niedawno pisałem o tym, że zmieniane będą zasady emigracji wykwalifikowanej do Australii. Po ciężkich bólach i z opóźnieniem ministerstwo opublikowało dzisiaj nową listę zawodów poszukiwanych (skilled occupations list), jaka obowiązywać ma od 1 lipca 2010 r. Wcześniej zaś wstrzymano przyjmowanie podań emigracyjnych aż do 1 lipca… Jeśli ktoś chce więc emigrować to musi się szukać już na nowej liście (szczegóły tutaj).

Listę zawodów ograniczono z 400 do 180. Z pobieżnego przejrzenia wygląda, że faktycznie zniknęli kucharz i fryzjer. Nie widzę też grafików komputerowych i nauczycieli szkoły podstawowej. Widzę za to księgowych, całe spektrum inżynierów, informatyków, lekarzy i pielęgniarek. Widzę też mechaników samochodowych, murarzy, stolarzy i elektryków. To jest moim zdaniem ukłon w kierunku pożądanej wciąż imigracji z UK i nowa piękna furtka dla „emigracji przez edukację„.

Jako pozytyw należy zaliczyć uproszczenie procedury, bo nowa lista SOL ma być jedyną obowiązującą (znikną listy MODL i CSL). Nie znamy wciąż szczegółów nowego systemu punktowego, więc ci, którzy się znaleźli na nowej liście mogą jeszcze poczekać z okazywaniem radości… Proszę śledzić kolejne informacje na stronie IMMI.

Komentarze (8)

Byron Bay

Zamęczałem was chyba zbyt długo urywanymi relacjami z Kwinslandii. Dzisiaj nasz blog opuszcza w końcu słoneczny stan i kieruje się na południe, w stronę cywilizacji. Po drodze jeszcze ostatnie spojrzenie na wieżowce Gold Coast i surferów w Coolangatta i wkraczamy do Nowej Południowej Walii.

Coolangatta Beach
Coolangatta Beach
Czytaj dalej »

Komentarze (5)

Wszystkie dzieci, małe i duże

Opowiadam wam tutaj o jakichś plażach, dżunglach i papugach spotkanych w Gold Coast, a to przecież wszystko mydlenie oczu. Do Gold Coast pojechaliśmy z wieloma planami, ale jeden musiał być zrealizowany na pewno: wizyta w parku rozrywki. Ominięcia tej atrakcji dzieci by nam nie darowały.

Nasz wybór (w GC jest bowiem z czego wybierać) padł na sztandarowy park, czyli „Dreamworld” oraz sąsiadujący z nim przez płot i prowadzony przez tę samą firmę park wodny „WhiteWater World„. Dreamworld znany jest każdemu dzieciakowi w Australii, reklamuje się bowiem w programach dla dzieci w telewizjach wszystkich dużych „meksykańskich” miast, w Melbourne w szczególności.

Swoją drogą zachodzę w głowę dlaczego takiego parku brak w najlepszym  z miast.

Dzieci są tutaj świetną wymówką. Prawda jest taka, że oba parki są doskonałą zabawą dla dużych dzieci, czyli facetów, którym na co dzień mało jest adrenaliny.

Nie żeby nie było atrakcji dla małych dzieci, bo były:

WhiteWater World, Nickelodeon

Czytaj dalej »

Komentarze (2)

Krótka wizyta w Brisbane

Brisbane, trzecie co do wielkości miasto Australii, stolica słonecznego Queensland, reklamuje się ostatnio hasłem „new world city”. Nie było nam dane zaznać tej światowości, bo trafiliśmy tam akurat w dzień Wielkanocy. Ulice były więc puste, parkingi za darmo. Dopiero w okolicach sztucznej plaży w Southbank pojawiło się więcej życia, czynny był nawet minibazar z różnymi duperelami. Sama plaża spodobała nam się bardzo, a naszym dzieciom jeszcze bardziej. Kapitalne miejsce na wypoczynek z widokiem na wieżowce City.

Brisbane plaża

Brisbane plaża Czytaj dalej »

Komentarze (3)

Zagraniczna kariera Julii Gillard

Jak donoszą nasi czujni czytelnicy oto niespodziewanie pani wicepremier Australii Julia Gillard podjęła całkiem nową drogę kariery. I to gdzie? W Polsce. Łódzki „Express Ilustrowany” donosi w numerze z 7 maja br. iż australijska wicepremier w wolnych chwilach oczyszcza aurę chętnym Polakom:

Julia Gillard oczyszczanie aury

Premier Gillard postanowiła użyć tym razem tego co potrafi najlepiej, czyli zaoferować działania paranormalne. Proszę się nie dziwić. W Australii rząd, którego ważną częścią jest pani Gillard zasłynął z całego szeregu działań na polu ezoteryki: wydaje nieistniejące pieniądze (chociaż tutaj nie  ma się czym chwalić, europejskie rządy są w tym jeszcze lepsze) na nieistniejące potrzeby, likwiduje podstawowe źródła australijskiego „prosperity”: ogranicza imigrację (kompromitując przy okazji Australię działaniami prawa wstecz), wykurza  firmy wydobywające kopaliny na pustyniach (nakładając na nie dodatkowe podatki). Pani premier osobiście udało się nawet dokonać sztuki zdałoby się niemożliwej, czyli pokłócić rząd Labor ze związkiem zawodowym (nauczycieli).

Paradoksalnie jedyne działanie, które można nazwać normalnym, czyli rezygnacja z walki z wiatrakami (tfu: kominami) globalnego ocieplenia przyniosła rządowi wielki obsuw w sondażach przybliżając tym samym do osiągnięcia celu najbardziej paranormalnego, czyli przegrania wyborów przez ekipę rządzącą już po 1-szej kadencji (to się nie zdarzyło od bodajże 70 lat…).

No dobrze, to był żart.

Swoją drogą pięknie widać ile warte są działania marketingowe, skoro taki badziew się ludziom wciska w gazetach i oczywiście znajduje odbiorców. Czemu się jednak dziwić? Przecież od lat w reklamach kawy używana jest odgazowana coca-cola i jakoś nikomu to nie przeszkadza i nie wydaje nieetyczne.

Przy tej okazji przypomniała mi się jedna historia z 2002 roku. Chodziliśmy wtedy do szkoły rodzenia przy poznańskiej klinice na ulicy Polnej. Na jednych z zajęć prowadzący lekarz postanowił przybliżyć nam co nas czeka na porodzie rodzinnym i zaprezentował zdjęcia z porodów, ujmując to delikatnie, bardzo drastyczne, ze szczegółami zarówno anatomii dróg rodnych jak i z twarzami.

- „Proszę państwa” – rzekł pan doktor – „Aby zachować prywatność osób występujących na zdjęciach, postanowiłem użyć fotografii zrobionych na drugim końcu świata, mianowicie w Australii. Tam z pewnością nikt nie rozpozna nikogo znajomego”.

Przyznacie, miło było z jego strony.

Komentarze (13)

« Wcześniejsze wpisy

  • RSS
  • Newsletter
  • Facebook

Switch to our mobile site