2010 Kwiecień | Melbourne. Dobre miejsce na wioskę

Wyjedź do Australii. Blog Moniki i Przemka, czyli Australia z perspektywy mieszkańca.RSS wpisów RSS komentarzy

Kwiecień 2010- archiwa

Surfers Paradise

Surfers Paradise. Raj dla surferów. Gorący ocean, wysoka fala i wielki szpan.

Surfers Paradise pełni rolę centrum Złotego Wybrzeża (Gold Coast), półmilionowego miasta położonego na brzegu Pacyfiku (jest to szóste co do wielkości miasto kraju, większe niż stolica Tasmanii, Hobart i większe niż stolica kraju, Canberra).

Czasami uznaje się Gold Coast bardziej za dalekie przedmieścia Brisbane niż samodzielne miasto. Rzeczywiście, spora część mieszkańców dojeżdża co dzień do pracy w Brisbane, bo w samym Gold Coast zajęcia może i jest dużo, ale głównie w przemyśle turystycznym. Jak komuś nie przeszkadza 100 km drogi do pracy szeroką, ale regularnie zakorkowaną autostradą to Gold Coast może być miejscem idealnym.

Ale wróćmy do Surfers Paradise… Panorama miasta jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych obrazków Australii i powiedzmy sobie od razu, że również jednym z bardziej kontrowersyjnych. Zagęszczenie wieżowców jest tu zdecydowanie największe w całym kraju, co samo w sobie nie jest niczym specjalnie złym. Tyle, że tutaj bloki pobudowano niemal dosłownie na plaży…

Moje odczucia były mieszane. Z jednej strony lubię drapacze chmur i krajobraz wielkomiejski, a z drugiej szybko poczułem się zmęczony w Surfers Paradise. Może spowodował to nieustannie przewalający się dziki tłum urlopowiczów, którzy przyjechali na wakacje (ferie szkolne zarówno w NSW jak i Wiktorii)?

Jeśli ktoś lubi spokojne plaże to zdecydowanie nie tu. Surfers Paradise to druga ze sławnych plaż Australii (po Bondi Beach) i jest ulubionym miejscem imprezowania dla australijskiej młodzieży szkolnej, którą przyciąga tutaj ponad 300 dni słonecznych w roku oraz niezliczona ilość miejsc do zabawy. W wiadomościach po długim weekendzie zdawało mi się, że słyszę głównie o efektach nocnych balang, bójek i stanie zdrowia osób wyrzuconych przez okna hotelowe podczas imprez.

Surfers Paradise, Gold Coast

Znaczącym punktem w panoramie Gold Coast jest wieżowiec Q1 (skrót od „Queensland Number 1″). Z wysokością 323 m jest nie tylko najwyższym budynkiem w Australii, ale wciąż najwyższym apartamentowcem świata (już niedługo, bo dwa kolejne wyższe są właśnie budowane w Dubaju). Wprawdzie przewagę nad melbourneńską wieżą Eureka daje mu tylko iglica (licząc do dachu Eureka jest sporo wyższa, pisałem o tym dawno temu), ale w końcu liczy się całkowita wysokość, prawda?

Surfers Paradise, Gold Coast

Warto też wjechać na taras widokowy i pooglądać Gold Coast z góry:

Czytaj dalej »

Komentarze (7)

Sunshine Coast

Mianem „Sunshine Coast” określa się część wybrzeża Queensland położoną ok. 100km na północ od Brisbane (patrz mapka w poprzedniej notce). Obecnie cały rejon stanowi jedną jednostkę samorządową, ale w praktyce składa się z całego szeregu nadmorskich miasteczek-kurortów, nie posiadając tak wyraźnej „stolicy” jaką np. dla Gold Coast jest Surfers Paradise.

Trzy najważniejsze miasta Sunshine Coast to patrząc od południa: Caloundra, Maroochydore oraz Noosa Heads.

Porównując ze Złotym Wybrzeżem, Sunshine Coast wydało mi się mniej zatłoczone imprezującą młodzieżą, a bardziej rodzinami z małymi dziećmi. Miasteczka są też znacznie bardziej „kameralne”, zabudowane dość gęsto hotelami i apartamentami, ale nie osiągającymi tak monstrualnych rozmiarów jak w Gold Coast. Szczególnie ładnie prezentuje się Noosa Heads. Poniżej kilka migawek z naszego krótkiego pobytu na Słonecznym Wybrzeżu Queensland.

Mudjimba
plaża Mudjimba, piękna, długa i niezatłoczona

Byliśmy na Słonecznym Wybrzeżu na przełomie marca i kwietnia. Temperatury codziennie dochodziły do 28-30 st.C., zaś nocą spadały do ok. 20 st. Padało również codziennie, ale zazwyczaj krótko i niezbyt intensywnie, zostawiając resztę dla na spokojne zwiedzanie okolicy.

Czytaj dalej »

Komentarze (3)

Krótkie wprowadzenie do Queensland

Jedną z najbardziej charakterystycznych cech Australii jest wysoki stopień urbanizacji. 80% mieszkańców kraju mieszka w pięciu największych miastach, reszta zaś rozrzucona jest po wielkim odludziu.
Queensland uchodzi przy tym za stan, w którym stosunkowo najmniejszy odsetek mieszkańców mieszka w jego stolicy, bo Brisbane stanowi mniej niż 50% populacji stanu (dla porównania w Melbourne mieszka 80% mieszkańców Wiktorii).

Ta statystyka może być jednak bardzo myląca, bo aż 2/3 ludności Queensland skupione jest na obszarze zaznaczonym prostokątem na poniższej mapce, a z pozostałej 1/3 ogromna większość mieszka nie dalej niż 10-20km od brzegu oceanu. Powierzchnia bezludzia jest więc ogromna, Queensland ustępuje pod tym względem tylko niedoścignionej Australii Zachodniej.

Kilka kolejnych relacji skupionych będzie wokół zaznaczonego regionu, pozwolę więc sobie przedstawić poniżej przybliżenie w postaci kolejnej mapki. Na czarno zaznaczone są obszary zasiedlone:

Czytaj dalej »

Komentarze (3)

Przejażdżka do Queensland

Tytuł jest trochę przewrotny. Bo co to za „przejażdżka” co ma 1800 km w jedną stronę? A Queensland? Toż to stan, na którego o terytorium Polskę można zmieścić bez mała 6 razy, ale za to zamieszkany przez 7 razy mniej ludzi.
Powinienem więc raczej napisać: „Hardcorowa wyprawa z dzieciakami z Melbourne w okolice Brisbane i z powrotem.”
Praktycznie każdy komu mówię, że pojechaliśmy do Queensland samochodem puka się w czoło lub marszczy brwi z niedowierzaniem. Odległość to bowiem podobna jak z Poznania do Monte Cassino i mało kto porywa się na pokonanie jej inaczej niż samolotem w 2 godziny.
Nam trasa zajęła łącznie 3 dni: jeden dzień z Melbourne do Dubbo, drugi dzień na relaks w Dubbo i zwiedzanie słynnego tamtejszego ZOO i trzeci dzień przejazd z Dubbo do Sunshine Coast.
W sumie to ja się uparłem żeby jechać samochodem: „Jak inaczej poznać Australię? Trzeba tę trasę przejechać choć raz, żeby wiedzieć co tam jest.”
No to teraz wiemy. Relacja z trasy może być jednak dość monotonna: owca, krowa, pole, krowa, krowa, pole, pole… Najdłuższy odcinek prostego odludzia miał około 200 km i o dziwo było to już w Queensland tuż przed miastem Toowoomba. Normalnie jest dużo lepiej: co 100 km jakieś parę domków stoi.
Drogę urozmaiciła nam odrobinę policja z Nowej Południowej Walii, która czujnie wyłapuje śmiałków jadących 110 km/h (przy ograniczeniu do 100) na totalnym zadupiu kilkadziesiąt kilometrów od najbliższego domostwa.
Ma pan rację panie władzo, jechałem 110, straszne przestępstwo. Dziękuję za niski wymiar kary. Miłego dnia.
Na szczęście w tym kraju każdy stan rządzi się osobnymi prawami i punkty karne z NSW nie są uznawane przez policję w Wiktorii. (tę hipotezę poddano w wątpliwość, a ja czekam aż mi punkty spłyną z NSW do Wiktorii).
Z ciekawostek mogę jeszcze napisać, że było zielono na całej trasie. O tej porze roku zwykle jest sucho jak pieprz, więc wychodzi na to, że mamy jakiś mokry rok latoś. A rzeki uchodzące do morza w NSW i Queensland! Szerokie jak Wisła i to nie w Krakowie, ale co najmniej pod Warszawą. Nasza Yarra to przy takiej Brisbane River mały strumyczek. Kolor wody tylko podobny ;) .
Tu pytanie do tambylców: tak jest zawsze, czy tylko w tym mokrym roku tyle wody w rzekach?
W każdym razie po 3 dniach podróży dojechaliśmy w końcu do miasteczka o aborygeńsko brzmiącej nazwie Mudjimba i… daliśmy się od razu pogryźć niezliczonym hordom queenslandzkich komarów, które jak wiadomo przerastają wiktoriańskich kuzynów dwukrotnie ;) . Rozmiarami, bo krwiożerczością to chyba dziesięciokrotnie.
Zdjęć żadnych ciekawych w drodze nie robiłem, poniżej tylko 2 migawki z mijanych miasteczek.

Czytaj dalej »

Komentarze (17)

Może lepiej pomilczeć?

To nie tak miał wyglądać koniec przerwy na blogu. Miało być o słonecznym Queensland (gdzie spędziliśmy ostatnie 2 tygodnie), gorących plażach Sunshine Coast i bajecznych atrakcjach Gold Coast…

Dowiedzieliśmy się o tragedii prezydenckiego samolotu dzięki przyjaciołom, którzy domyślili się iż możemy nic nie wiedzieć. Mieli rację: spędziliśmy sobotę w cudownym, słonecznym miejscu (Port Stephens), nie pasującym do takich wiadomości. Przez cały dzień nie zaglądałem do komórki, a kiedy zajrzałem była godzina 11 czasu polskiego. Przeczytałem smsa od siostry, odebrałem telefon od Filipa… Potem rozejrzałem się dokoła: w naszym holiday parku zabawa trwała na całego, sobotnie imprezy nie zamierzały się wcale kończyć, w końcu ludzie przyjechali z Sydney nacieszyć się weekendem. Włączyłem TV, ale w sobotę wieczorem w Australii na żadnym kanale nie lecą wiadomości. Zostaliśmy więc sami z tą informacją. Wino, planowane na sobotni wieczór, stoi gdzieś i czeka na inne czasy.

Dzisiaj jednak w radio podawano tę informację w każdych praktycznie wiadomościach. Niedzielne gazety „The Age” z Melbourne oraz „Daily Telegraph” z Sydney zamieściły informację o katastrofie na 3-ciej stronie, „The Herald Sun” z Melbourne nie zająknął się wcale (o ile dobrze szukałem).

Przejechaliśmy dzisiaj ponad 1000 km do domu, a tutaj okazało się, że… mysz przegryzła kabel sieciowy. Poskręcałem naprędce druciki i wreszcie mogę poczytać.

Jedna refleksja przyszła mi na gorąco do głowy: Polski nie stać na takie katastrofy…

Komentarze (38)

  • RSS
  • Newsletter
  • Facebook

Switch to our mobile site