2009 Lipiec | Melbourne. Dobre miejsce na wioskę

Wyjedź do Australii. Blog Moniki i Przemka, czyli Australia z perspektywy mieszkańca.RSS wpisów RSS komentarzy

Lipiec 2009- archiwa

Barcelona (2) – spacerem przez miasto

Jak łatwo się domyślić z poprzedniego wpisu odwiedziliśmy podczas pobytu w Europie nie tylko Anglię i Polskę, ale również zapragnęliśmy gdzieś wyskoczyć bez dzieci. Skoro już jesteśmy w tej naszej kompaktowej Europie – myśleliśmy – to zróbmy wypad z Polski w jakieś ładne miejsce tanimi liniami, tu wszędzie jest rzut beretem.

W praktyce możliwości są dość ograniczone: albo linie nie są wcale aż tak tanie, albo latają z odległych lotnisk (nam odpowiadał tylko Poznań), a większość lotów obiera za kierunek Wyspy Brytyjskie, z których dopiero co przylecieliśmy. Drogą eliminacji opcji niepraktycznych została nam Barcelona.

Wypad samolotem w kompaktowej Europie z Konina do Barcelony nie jest wcale aż tak szybki: pociąg do Poznania (1.5h), autobus na lotnisko (15min), samolot RyanAir (2h). Lotnisko oczywiście wcale nie jest w Barcelonie, tylko w Gironie tj. ok. 100km na północ od Barcelony. Komunikację zapewniają autobusy (12€ w jedną stronę na osobę), którym dojazd zajmuje 90 minut. Podsumowując: podróż trwała praktycznie cały dzień!

Do hoteliku w samym sercu miasta dotarliśmy ok. godz. 21:00. Początek był bardzo dobry, bo o dziwo okno naszego pokoiku nie wychodziło ani na mur ani na śmietnik, ale na wąską uliczkę barcelońskiego „gotyckiego miasta”. Inna sprawa, że okno zamiast szyby miało drzwi…

Tego dnia nie mieliśmy już jednak siły na nic więcej niż krótki spacer. Na obchód stolicy Katalonii wybraliśmy się z samego rana.

barc-gesi1

Dosłownie kilka uliczek od naszego hotelu stała barcelońska katedra (nie mylić z kościołem Sagrada Familia, który katedrą nie jest). Patronką katedry jest św. Eulalia, która wg tradycji została w Barcelonie zamordowana przez Rzymian w czasie prześladowań chrześcijan w IV w. Przed katedrą znajduje się mały dziedziniec z kilkoma palmami i gromadką gęsi. Gęsi jest podobno zawsze 13 i symbolizują one ilość lat życia św. Eulalii. Legenda głosi, że obecne dzisiaj na dziedzińcu katedry gęsi pochodzą w prostej linii od starożytnych gęsi rzymskich…

Czytaj dalej »

Komentarze (3)

UK- wg dzieci

Dzieciom najbardziej w UK podobał się Legoland. Jest to prawdziwy raj dla maluchów i nie tylko. Co prawda po pierwszej grze symulacyjnej wyścigowej wyszliśmy przez niewłaściwe drzwi razem z inną rodziną, która szybko zniknęła nam z oczu. Nam natomiast zajęło dobry kwadrans znalezienie drogi z powrotem na teren Legolandu, jako że wyjście okazało się awaryjnym i prowadziło poza teren parku. Pan z obsługi był bardzo zdziwiony naszym zagubieniem, ale wskazał nam przejście służbowe do tego dziecięcego raju. Ewka tego dnia była przeziębiona, ale nie przeszkadzało w to w jazdach w żadnym wypadku. Co prawda na koniec tata musiał ją nieść na barana, bo opadła z sił. Wizyta w Legolandzie rozbudowała w nich pomysły co robić z klocków. I po wizycie w UK powstają mosty, lwy i jeszcze inne stwory.
W zamku królewskim najbardziej podobał się kot spotkany niedaleko domku służby. Dzieci uznały go za królewskiego i dostał iście królewskie głaskanie od moich pociech.
W UK najbardziej dziwiła ich ilość Polaków, jaką spotykało się na ulicach Londynu i nie tylko. Na lotnisku w czasie wylotu pytali mnie się z kim będę rozmawiać w czasie lotu bo mam tyle osób do wyboru. Tylko młoda co dopiero świeżo upieczona po studiach dziennikarka odezwała się do nich, reszta udawała, że nie słyszy.
Ps. Moje wrażenia kiedy indziej :)

Brak komentarzy

Barcelona (1) – św. Antoni, patron turystów

Barcelońska katedra, 17 czerwca 2009 r. przed południem.

Spacerujemy z Moniką wśród tłumu turystów i podziwiamy kolejne kaplice. Przy jednej z nich Monika się zatrzymuje, wysupłuje jakiegoś euro-drobniaka i wrzuca do skarbonki. Podchodzę bliżej zaciekawiony i patrzę na tabliczkę: „kaplica św. Antoniego”.

- Coś zgubiłaś, że się wstawiasz do Antoniego? – pytam
- Nic nie zgubiłam, ale nigdy nic nie wiadomo, wrzuciłam na wszelki wypadek – odpowiada najlepsza z żon.

*   *   *

Barcelona, stacja metra Lesseps, 18 czerwca 2009 r, około południa.

Niosę ze sobą mały plecak (na plecach), za mną idzie Monika (ubezpiecza w ten sposób plecak). W lewej kieszeni spodni mam portfel. Na schodach wyjazdowych ze stacji staje obok mnie chłopak, na oko 20-latek, Murzyn. Tuż przed końcem schodów Murzynowi nagle wypada z ręki pęk kluczy, prosto pod moje nogi. On próbuje je nieporadnie podnieść, zatrzymując przy tym kolejne osoby jadące schodami i powodując, że wszyscy po kolei wpadają na siebie…

Właściwie to nie wiem dlaczego nie schyliłem się po te klucze. W następnej sekundzie czułem już rękę drugiego chłopaka (białego tym razem) próbującą wyciągnąć portfel z mojej kieszeni. Uratowało nas to, że się nie schyliłem i to że kieszeń była dość głęboka, przez co złodziejaszek zadanie miał niełatwe.

Cała akcja trwała raptem kilka sekund. Jak tylko obaj zorientowali się, że portfel siedzi głęboko i nie daje się wyjąć to wycofali się na z góry upatrzone pozycje i tyle ich widzieliśmy.

*   *   *

Barcelona, stacja metra Jaume I, tego samego dnia późnym popołudniem.

Znów schody wyjściowe z metra. Przypadkowemu turyście ktoś „niechcący” polewa spodnie sokiem. Winowajca od razu przeprasza, wyciąga chusteczkę i chce pomóc wytrzeć zabrudzenie. Oblany turysta schyla się do zabrudzonej nogawki i w tej samej chwili drugi przechodzień sięga do jego kieszeni, wyciąga portfel i w długą. Po paru sekundach już  nie widać ani jego ani portfela. Drugi raz tego samego dnia jesteśmy świadkami akcji kieszonkowców w Barcelonie. Dodam, że dla mnie to pierwsze tego typu doświadczenia.

*   *   *

Nie wiem ilu turystów wrzuca pieniążka do skarbonki, ale kieszonkowcy są plagą w Barcelonie i często im się udaje ujść z łupem. Barcelońskie restauracje nie chcą przyjmować kart kredytowych jeśli ich właściciel nie pokaże dokumentu tożsamości, na którym zarówno nazwisko będzie zbieżne z tym z karty, jak i zdjęcie z facjatą klienta.

*   *   *

Myślę, że ten drugi okradziony turysta nie wrzucił jałmużny św. Antoniemu w katedrze ;-) .

Komentarze (5)

Zamieszkać w hotelu, czyli kangurki odwiedzają Ojczyznę

- Wiesz tato, ja to Polski wcale nie pamiętam :( .

Na takie wyznanie zebrało się Tomkowi w samolocie lecącym z Londynu do Poznania. Smaczku dodaje fakt, że zdanie to zostało wypowiedziane całkiem ładną polszczyzną.

Tomek miał prawo Polski nie pamiętać, gdy ostatnio ją widział to miał 3 lata. Dla niego Australia to jedyny dom.

Po przyjeździe do Konina:

- Dlaczego babcia mieszka w hotelu?

Czasami trudno nam samym wyobrazić sobie jaką egzotyką dla małego chłopca może być wizyta w kraju urodzenia. Rzeczywiście, prawie wszyscy nasi znajomi w Australii mieszkają w niskich domach, Tomek wysokie wielopiętrowe bloki kojarzy wyłącznie z wakacyjnymi hotelami.

Z Ewą było inaczej, w Polsce od razu szukała znajomych miejsc: tu jest plac zabaw, tutaj się chodzi na lody. Ewa ma świetną pamięć do miejsc.

Zafundowaliśmy córce dodatkową (mało wakacyjną) atrakcję: przez 2 tygodnie chodziła do polskiej szkoły, klasy zerowej. Przyjęta była dobrze, chodziła na zajęcia chętnie, ale edukacyjna wartość tego doświadczenia nie jest chyba wielka, bo jak sama Ewa mówiła, w szkole nie uczyła się za wiele. Być może dlatego, że to dopiero zerówka, a może szkole udzielał się już nastrój nadchodzących wakacji. W każdym razie dla nas dobrą obserwacją był fakt, że Ewa językowo nie odstawała od polskich rówieśników, a dostała szansę przebywania przez pewien czas w otoczeniu polskich dzieci co może mieć tylko dobry wpływ na jej znajomość języka polskiego (bo jak nam powiedziano w Polsce: słychać już w jej polskiej mowie angielską linię melodyczną).

W Polsce spędziliśmy w sumie 3 i pół tygodnia i potraktowaliśmy cały pobyt jako szansą spotkania z rodziną i nadrobienia zaległości towarzyskich. Tego nam w Australii brakuje chyba najbardziej.
Obiecałem sobie jednak solennie, że kolejna wizyta w Ojczyźnie zostanie spożytkowana również na zwiedzenie najciekawszych miejsc, do których sami zawsze z przyjemnością wracamy: Wieliczka, Kraków, Tatry…

Było o dzieciach, ale jak my sami odbieramy Polskę?

Dla mnie jest to dzisiaj trudne pytanie. Zaczynam się powoli obawiać, że nie mam już swojego miejsca na Ziemi, bo przecież Australijczykiem w żadnym razie nie jestem.
W Polsce czułem się „dziwnie”, nie wiem czy długo bym wytrzymał bez Australii. Krótko mówiąc istnieje rzeczywiście coś takiego jak „odwrotny szok kulturowy”. Jakiś czas temu zarzucono mi tutaj, że „wciąż nie rozpakowałem walizek”. Cóż, po tej wizycie w Polsce wydaje mi się, że jeszcze nigdy nie byłem tak blisko całkowitego rozpakowania się.

Myślę nawet, że tej polskości dostępnej w Australii wcale nie jest aż tak mało. Dla przykładu w ostatnią niedzielę w Melbourne spotykam dawno nie widzianego znajomego:

- Cześć co dobrego u Ciebie?
- Nic dobrego u mnie, Przemo, zupełnie nic.

Ta dawka „polskości” starczy do końca dnia z nawiązką :) .

Jaką więc postawić mi diagnozę: obywatel świata czy bezpański pies?

Czytaj dalej »

Komentarze (15)

Planowanie

1. Polska.

Podpoznańska miejscowość, jakieś 20km od centrum miasta. Powstaje nowe osiedle, kilkaset domów, może tysiąc. Działki wytyczone, podzielone, drogi zaplanowane. Ludzie zaczynają się budować nie mając podłączonego NICZEGO: żeby mieć wodę kopią studnię, prąd na początku od sąsiada, zamiast kanalizacji oczywiście szambo. Droga dojazdowa (publiczna) pozostanie gruntowa przez czas bliżej nieokreślony. Przy tym wcale nie są popularne samochody z napędem na 4 koła…

To są rzeczy podstawowe, ale ktoś mógły zapytać o więcej: gdzie zaplanowano park, żeby można było iść na spacer? Nigdzie. Gdzie będzie plac zabaw, albo kilka placów, bo większość mieszkańców to młodzi ludzie z małymi dziećmi? Nikt o tym nie myśli, huśtawkę można sobie postawić w ogrodzie.

Jedynie infrastruktura handlowa powstanie sama, w tym zakresie aktywności u Polaków nie brakuje.

Aha, w pobliżu przebiega niedawno wybudowana autostrada. Tyle, że nie ma na nią żadnego wjazdu. Odległość między dwoma kolejnymi zjazdami z autostrady: 50 km (sic!!!).

2. Australia.

Dalekie przedmieście Melbourne, ok. 25km od centrum miasta. Powstaje nowe osiedle, kilkaset domów, może nawet ponad tysiąc. Działki wytyczone i podzielone. W planie dzielnicy przewidziano miejsce na kilka placów zabaw, całkiem duży park ze sztucznym jeziorkiem, nową szkołę, przedszkole i centrum handlowe. Zanim ktokolwiek się wprowadził wybudowano asfaltowe drogi, chodniki, doprowadzono prąd, wodociągi, kanalizację.
Nowi mieszkańcy nie są zbyt zadowoleni, bo nawaliła telekomunikacja: przez rok muszą korzystać z bezprzewodowego internetu zamiast kabla…

Za to wszystko trzeba oczywiście zapłacić (w podatkach lokalnych), ale żyje się potem jakby przyjemniej.

Dodajmy, że tutaj też przebiega niedaleko autostrada i są z niej dwa zjazdy, po jednym z każdej strony osiedla.

Przyznam, że sam się czasami denerwuję na australijskie metody planowania miasta prezentowane przez samorządy lokalne. Nic tu nie może być przypadkowo, jak miasto to miasto, jak wieś to wieś, jak domki parterowe to nie waż się budować pięterka. Tak sobie jednak myślę, że druga skrajność też może być uciążliwa, nieprawdaż?

Komentarze (41)

Wsi spokojna, wsi wesoła

Wierzcie lub nie, ale po dłuższej nieobecności w kraju pewne rzeczy odbiera się inaczej. Pojechałem z Rodzicami i dziećmi na naszą wieś, do Straszkowa koło Koła w Wielkopolsce. Spędziłem tam dawniej mnóstwo czasu, poniekąd tam się wychowałem. I jakoś nigdy przedtem tak wyraźnie nie zobaczyłem tych pól malowanych zbożem rozmaitem, posrebrzanych żytem. Wszystko zaś przepasane wstęgą, miedzą zieloną, a na niej z rzadka ciche grusze siedzą.

Czy trzeba być emigrantem aby to dostrzec?

gruszka_straszkow

Tego samego dnia po południu dziadek wystawił Tomkowi na ogród huśtawkę. Taką dużą bardziej a la siedzący hamak niż zabawka dla dzieci. Tomek jak to Tomek, zaczął zabawę od próby rozhuśtania z pozycji bezpiecznej, czyli stojącej obok. Zobaczyła to przechodząca sąsiadka i krzyczy do małego:

- Tomek, nie huśtaj jej tylko wsiadaj na nią!

Tomek nic, obejrzał się, huśta dalej.

- Tomek, wsiadaj - krzyczy sąsiadka.

Tomek dalej huśta.

- No wsiadaj kurwa mać Tomek!

Tomek obejrzał się zdziwiony i wsiadł.
Sąsiadka nie bez dumy:

- Widzicie? Jak nie przykurwujesz to cię nie posłucha!

Komentarze (3)

Jeszcze o Wyspach

Pomysł naszych wakacji w Anglii był dość przypadkowy. Początkowo myśleliśmy o zupełnie innym kierunku, odrobinę bardziej egzotycznym. Do zmiany planów skłoniły nas linie Qantas, które ogłosiły promocję na linii do Londynu, dając za darmo bilet dziecięcy do biletu dorosłego. Pomysł na wakacje w Ameryce pozostaje więc do realizacji w innym terminie. Promocja Qantasa jakiś efekt miała, bo ostatni segment Boeinga 747 wypełniony był w środkowej części wyłącznie rodzinami w układzie 2+2. Reszcie pasażerów w tej części samolotu składam wyrazy współczucia.

eng2-legoland1

Czytaj dalej »

1 komentarz

Londyn (1)

Wstyd się w dobie masowej emigracji przyznać, ale w Londynie dotychczas nie byliśmy. Tym razem nadarzyła się okazja (promocja Qantasa do Londynu), więc postanowiliśmy naprawić ten błąd.

Nasze wrażenia? Coż, poniekąd to „stolica świata”. Przy Londynie Melbourne wygląda jak malutka wioska…

Podmiejski pociąg z Windsoru wysadził nas na stacji Waterloo. Stąd już tylko kilka kroków do Londyńskiego Oka. Mamy podobną atrakcję w Melbourne, ale zanim zdążyliśmy ją „zaliczyć” to się wzięła i zepsuła. Pozostało się przejechać się londyńskim większym odpowiednikiem, bo na naprawienie Gwiazdy Południa jeszcze przyjdzie trochę poczekać.

london1-01
najpierw sprawy najważniejsze: plac zabaw!
Czytaj dalej »

Komentarze (2)

Jetlag – oczami dzieci

Wczoraj po przylocie z Londynu Tomasz zapytał mi się:

„Czy dzisiaj to jest wczoraj?”

Gdzieś mu uciekł jeden dzień…..

Ewka po przespaniu nocy z kilkoma przebudzeniami i stwierdzeniami, że jest definitywnie wyspana (po czym po 20 minutach zasypiała dalej), dzisiaj miała kłopoty ze wstaniem i o 10 przebudzona stwierdziła, że jest misiem, który zapada w sen zimowy i że nie zamierza nigdzie wstawać.

A u mnie w pracy dało się dzisiaj wytrzymać bez problemu. Chyba dlatego, że w czasie urlopu zwolniono parę osób w tym jedną z mojego zespołu i atmosfera wydawała się gęsta w firmie. Ach ten kryzys, w Europie wydawało się, że go nie ma…

Brak komentarzy

Wszędzie dobrze, ale…

…wiadomo gdzie najlepiej. Wróciliśmy już z naszego 5-tygodniowego urlopu. Zbieramy na razie siły, walczymy z nieodłącznym  jetlagiem, ale jak już zwalczymy i odpoczniemy to pojawi się na blogu trochę relacji z podróży.

Komentarze (3)

  • RSS
  • Newsletter
  • Facebook

Switch to our mobile site