Windsor
Na lotnisku Heathrow w Londynie pojawiliśmy się w sobotę ok. godz. 13:00. Wylatywaliśmy z Hong-Kongu krótko po świcie, a lot trwał aż 13 godzin. Uwzględniając fakt, że dzień jest w Anglii o tej porze roku długi to przeżyliśmy chyba najdłuższy dzień w swoim życiu (za kołem podbiegunowym jeszcze nie byliśmy).
Anglia od razu rozwiała nasze obawy: w Londynie świeciło ostre słońce i było sporo ponad 20 st.C. Pogoda jak na zamówienie wakacyjne, bo w Melbourne zostawialiśmy początek zimy, a wieści o pogodzie w Polsce były mało optymistyczne.
Z lotniska nie pojechaliśmy jednak do stolicy Anglii, ale do małego miasteczka Windsor, które według norm australijskich może być jednak uznane spokojnie za dalekie przedmieście Londynu (odległość ok. 35km). To rozumowanie nie dotyczy jednak taxi, które obsługuje kierunek na Londyn i za wyjazd do Windsoru żąda dość wysokich stawek.
Postępując więc zgodnie z radami niezawodnych internautów zadzwoniłem do firmy taksówkowej z Windsoru. Z taksówkarzem umówiliśmy się na parkingu dla samochodów osobowych (na postój taxi monopol mają firmy z Londynu i windsorczykom od niego wara) i w rezultacie zamiast 50 kurs kosztował nas tylko 20 funtów, a taksówka przybyła w ciągu 20 minut od wykonania telefonu.
Zegar biologiczny wskazywał północ gdy zameldowaliśmy się w hotelu. Trzeba jednak było przestawiać się na europejską strefę czasową, wybraliśmy się więc na spacer po mieście. Kilka migawek zamieszczam poniżej. Windsor wygląda naprawdę ślicznie, ale proszę pamiętać, że jest to okolica uchodząca za jedną z najlepszych i najdroższych w całej Anglii.
I jakich się ma sąsiadów!
kamieniczki przy zamku królewskim


