2008 Listopad | Melbourne. Dobre miejsce na wioskę

Wyjedź do Australii. Blog Moniki i Przemka, czyli Australia z perspektywy mieszkańca.RSS wpisów RSS komentarzy

Listopad 2008- archiwa

Świąteczny czas (1)

Co prawda do Świąt Bożego Narodzenia jeszcze sporo czasu, ale dzisiaj w trakcie ostatniego spotkania Krasnoludków przyszedł Mikołaj. Przyniósł prezenty- albumy ze zdjęciami  dla każdego dziecka. Na zakończenie spotkania, gdy sędziwy starzec szykował się do wyjścia, Ewka podeszła do niego i powiedziała:

- No to teraz pokaż nam swoje renifery !!!!

Dobrze, że Mikołaj się spieszył do innych dzieci by rozwieść prezenty, bo pewno by się nie obyło bez oglądania zaprzęgu…..

Jak dobrze być dzieckiem :)

Komentarze (4)

Co się dzieje w Melbourne?

Czyli mój stronniczy przegląd prasy.

Footy

Ben Cousins, (nie)sławna gwiazda footy, został przywrócony do łask przez AFL po rocznym zawieszeniu za notoryczne zażywanie narkotyków. Jako warunek podano jednak, że Ben musi przechodzić testy moczu (na obecność prochów) 2 razy w tygodniu, a testy włosów Czytaj dalej »

Komentarze (4)

Co zrobić żeby zamieszkać w Australii?

Zacznijmy od oczywistego faktu: żeby przylecieć do Australii trzeba mieć wizę. Wiz australijskich jest cały szereg i bardzo różnią się między sobą.
Pomińmy na razie wizę turystyczną i przyjrzyjmy się kilku najpopularniejszym sposobom na zamieszkanie w Australii. Kolejność nie jest przypadkowa. Wszystko to oczywiście prywatne opinie autora, proszę nie traktować tego jako porady migracyjnej.

Migracja wykwalifikowana niezależna (skilled independent).

Daję na pierwszym miejscu, bo chociaż jej zdobycie wymaga cierpliwości, szczęścia i nakładu pracy własnej to warunki tej wizy są najlepsze. Uważam nawet, że jeśli ktoś planuje pobyt w Autralii tylko na np. 2 lata to i tak taniej i łatwiej pojechać tam jako rezydent niż student.

Żeby otrzymać wiżę „SI” (skilled independent) trzeba spełnić tzw. test punktowy. Punkty otrzymuje się za:

Czytaj dalej »

Komentarze (65)

Najlepsza książka o Australii

Jeśli czyta nas ktoś z Polski marzący o Australii to polecam lekturę na nadchodzące długie zimowe wieczory: Lucjan Wolanowski „Poczta do Nigdy-Nigdy” (fragment książki można przeczytać tutaj).

Wolanowski mieszkał na stałe w Polsce, ale w Australii był kilkukrotnie. Książka-reportaż napisana została w latach 60-tych XX w., a ostatni raz wznowiona w latach 70-tych. Jednak jak na pozycję z 40-letnią brodą zestarzała się naprawdę niewiele. Jest to najlepsza książka o Australii jaką dotychczas czytałem.

Dzisiaj trzeba jej szukać w bibliotekach, antykwariatach lub na Allegro (gdzie mi się ją udało dostać za śmieszne kilka złotych). Polecam, bo to prawdziwa uczta!

Komentarze (16)

Jet lag

Dwa dżetlagi (czy jest jakiś polski odpowiednik tego słowa?) w przeciągu dwóch tygodni to sporo. Przyleciałem do Melbourne w sobotę o 7:30 rano, a zegar wewnętrzny wskazywał mi wciąż piątek 21:30 czasu polskiego. Przylot poranny uważam za najlepszy dla szybkiego przełamywania zmiany czasu, ale w ten weekend było naprawdę trudno. Najpierw sobotni występ Ewy na dorocznym koncercie jej zespołu „calisthenics” (bardzo ciekawy, ale potrzebowałem zapałek pod powiekami). W niedzielę polski festiwal na Federation Square w Melbourne (pierwsza przypalenizna słoneczna w tym sezonie!) chyba nadwyrężył moje siły i nie pamiętam zbytnio co potem mówił Father Tony na Mszy u św. Benedykta w Burwood. Monika twierdzi, że sporą cześć kazania zwyczajnie przespałem :/.

Dzisiaj jest już znacznie lepiej i jestem już w pracy.

Komentarze (7)

Zielona trawa po drugiej stronie wzgórza

Trochę się bałem tego wyjazdu do Polski. Tym razem nie piękny i zielony czerwiec, ale szary i zimny listopad. Co jakiś czas dostaję listy od czytelników bloga i bardzo często zaczynają się od słów typu „Witam z zimnej i brudnej Polski”.
Trochę się więc bałem, że moje wyidealizowane wspomnienia zderzą się boleśnie rzeczywistością.
Tymczasem Warszawa przywitała mnie temperaturą blisko +20 st i słonkiem. Na Wszystkich Świętych ludzie zamiast zakładać czapki zdejmowali płaszcze.
W chwili kiedy to piszę, za oknem w Koninie świeci słonko, termometr pokazuje +14 st., a ja dzisiaj rano zbierałem w lesie maślaki bez nerwowego oglądania się czy z trawy nie wyskoczy wąż tygrysi.

W moim ulubionym Poznaniu byłem bardzo krótko, ale przyznać muszę, że chociaż zawsze to miasto lubiłem to naprawdę można je docenić dopiero po dłuższej nieobecności. Mówię więc poznaniakom: mieszkacie w pięknym i czystym mieście, nie macie się czego wstydzić przed światem (jeśli zapomnimy na chwilę o stanie dróg). Wielu mi na to odpowie, że przecież tyle rzeczy zostaje do poprawienia: galeria Arsenał wciąż straszy na Starym Rynku, pokomunistyczna zabudowa Św. Marcina i Okrąglak wciąż czekają w kolejce do odmłodzenia. Prawda to, tyle, że również w miastach australijskich jest wiele miejsc zapomnianych i kłujących w oczy brzydotą. I dobrze, że w Polsce ktoś myśli o poprawieniu stanu rzeczy, bo w Australii takie uwagi o szpetocie niektórych ulic wywołują reakcję alergiczną: nikt tego nie przyjmuje do wiadomości, bo przecież mieszkamy w „the most liveable city in the world” (to jest dogmat!).

Twierdzę, że Polska to całkiem przyjemny kraj. Tak długo jak nie włączamy wiadomości w TV, bo wyskoki wybrańców narodu są doprawdy momentami porażające, odwyka się od tego na emigracji.

Jutro odwiedzam Warszawę, może uda się zobaczyć uroczystości z okazji 11 listopada. Weekend spędzę już w Melbourne.

Komentarze (11)

Pierwsza dziura w spodniach

Dokładnie wczoraj Tomasz przyszedł z przedszkola z pierwszą w swoim życiu dziurą w spodniach. Dumnie opowiadał, jak się przewrócił na betonowej części piaskownicy i nie płakał. Po incydencie została dziura w spodniach i ta notka.

1 komentarz

Szybkie zmiany stref klimatycznych

Wyleciałem z Hong Kongu bez wjeżdżania na Victoria Peak. O godz. 23:00 było tam +28 st.C. Po 12 godzinach lotu (jajo można znieść, chyba nigdy nie przywyknę do tej długości podróży, szczególnie bez zapewniających non-stop rozrywkę dzieci) w Zurichu przywitał nas… śnieg. Samolot do Warszawy zanim zdążył wystartować został przysypany sporą warstwą puchu (białego). Potem odśnieżanie: najpierw psikawka polała wszystko pomarańczowym płynem, po paru minutach kolejnym – zielonym. Po jakimś czasie pilot ogłosił, że wciąż istnieją obawy iż skrzydła ulegną oblodzeniu w powietrzu. Znów podjechała psikawka i polała zielonym płynem, w dużej ilości. Po tej operacji samolot wyglądał jak młoda żabka.

Wystartowaliśmy z 2 godzinnym opóźnieniem, a ja miałem miejsce przy oknie tuż przy skrzydle i pół podróży spędziłem przyglądając się zielonym kropelkom zebranym na skrzydle i zastanawiając się kiedy zamarzną.

Nie zamarzły, czego dowodem jest fakt, że znów nadaję na blogu.

W Warszawie przywitało mnie słonko i +18 st. Miło jak na koniec października.

Dojazd do centrum komunikacją miejską: 2,80 zł.  Welcome home.

Komentarze (3)

  • RSS
  • Newsletter
  • Facebook

Switch to our mobile site